Przytulna kuchnia na dole – gorące serce domu. To w niej toczy się codzienne życie. Tu się gotuje, przyjmuje gości, rozmawia, marzy… Fot. Marcin Onufryjuk.

Zobacz galerię [13 zdjęć]

Przytulna kuchnia na dole – gorące serce domu. To w niej toczy się codzienne życie. Tu się gotuje, przyjmuje gości, rozmawia, marzy… Fot. Marcin Onufryjuk.
  • Facebook
  • Twitter
  • Pinterest
Autor: www.dobrzemieszkaj.pl
14 kwi 2009 09:49

Tak mieszka znana polska aktorka!

Zapraszamy do krótkiej wizyty w domu Alicji Bach, uwielbianej przez widzów specjalistki od ról charakterystycznych.

Uwielbiana przez widzów specjalistka od ról charakterystycznych. Na scenie i w życiu – prawdziwy wulkan energii. Wszechstronna aktorka, charyzmatyczna skrzypaczka, cierpliwa nauczycielka, a gdy nikt nie widzi… wyciszona pani domu. Kiedy coś robi, to z autentyczną pasją. Gdy się uśmiecha, to od ucha do ucha. Kobieta „z sercem na dłoni” – Alicja Bach. Gości częstuje faszerowanym przez siebie szczupakiem, pysznym smalcem i domowymi nalewkami. Serdeczna, gościnna, bezpośrednia. – Ze mnie jest prosta dziewczyna – mówi skromnie ceniona aktorka Białostockiego Teatru Lalek („Prorok Ilija”, „Spowiedź w drewnie”, „My się wilka nie boimy”, „Turlajgroszek”, „Krótki kurs wychowania seksualnego” i wiele, wiele innych), aktorka filmowa (m.in. „U Pana Boga za piecem”, „U Pana Boga w ogródku”, „Zmruż oczy”, „Boża podszewka”) i radiowa („Na Młynowej”). Chociaż trudno w to uwierzyć, najbliższego lata będzie świętować trzydziestolecie swojej obecności na scenie. Kiedy ten czas minął? Nie wie. Co ciekawe, wcale nie marzyła o tym, by zostać aktorką, planowała raczej karierę skrzypaczki…

Jestem charakterystyczna

Przed maturą dowiedziała się o naborze do Studium Aktorskiego przy BTL-u i postanowiła spróbować. Szybko połknęła aktorskiego bakcyla i rozkochała się w teatrze. Role, które zagrała, trudno dziś zliczyć. Osiągnęła mistrzostwo zwłaszcza w tych drugoplanowych, bo nawet jej najmniejsze kreacje to majstersztyki. – Nigdy nie marzyłam, by grać główne role, bo co tu dużo gadać, jestem troszkę leniuszkiem – śmieje się Alicja Bach. – To nie znaczy, że drugoplanowe role są mniej ważne, raczej odpowiedzialność jest zupełnie inna. Łatwiej jest mi skupić się na mniejszej rólce i takie najbardziej lubię. Grając, całkowicie się zatraca, nie zwraca uwagi na to, jak wygląda, nie boi się pokazać mankamentów urody. – Jestem jakaś. Konkretna. Charakterystyczna – mówi. – Piękna nie byłam i nie będę, ale za to staram się być piękna wewnętrznie. Ale gdy moja gra podoba się widzom, zaspokajam próżność. Bo nie da się ukryć, każdy aktor jest próżny. Białostocki Teatr Lalek to dla niej miejsce szczególne. Przede wszystkim ze względu na pracujących tam ludzi. Większość to absolwenci tutejszej szkoły teatralnej, którzy bardzo związali się ze sobą w czasie studiów. Przez lata trzymali się razem, tworzyli wielką rodzinę. – Teraz, gdy starzy aktorzy odchodzą, wszystko zaczyna się rozłazić – mówi z żalem Alicja Bach. – Ludzie są zajęci innymi sprawami, działalnością pozateatralną. Dzisiejsze popremierówki to też już nie to co kiedyś, gdy wszyscy potrafili się wspólnie bawić do białego rana…

Chwile szczególne

Dawniej, przygotowując się do roli, potrafiła terroryzować całą rodzinę. Dzisiaj jej kolejne premiery nie dezorganizują już rodzinnego życia. Trochę nerwowa atmosfera pojawia się dwa, trzy dni przed premierą, ale potem wszystko wraca do normy. Alicja Bach twierdzi za to, że im jest starsza, tym ma większą tremę. Zdarza się, że paraliżującą. Skąd się bierze? Aktorka z namysłem odpowiada, że jej źródłem jest świadomość odpowiedzialności za to, co się robi, świadomość wpływu na innych ludzi. W całej aktorskiej karierze, trzy razy zdarzyło jej się na scenie całkowicie „odpłynąć”. Za pierwszym razem, gdy w Saragossie grali „Turlajgroszka” w reżyserii Piotra Tomaszuka. Na scenie trójka aktorów: Alicja Bach, Adam Zieleniecki i Wiesław Czołpiński. Zaczęli spektakl i skończyli, ale… co się działo w trakcie? A publiczność oszalała! Za drugim razem, przy okazji pokazywanego w Opolu „Miecza” w reżyserii Wojciecha Szelachowskiego. Alicja Bach grała wówczas m.in. z Andrzejem Zaborskim. – Zagraliśmy brawurowo, całkowicie wtopiliśmy się w te role – wspomina. – To było niesamowite, nie da się tego wyrazić. Nagle już nie gra się roli, tylko jest się daną postacią. Wiem, że niektórzy aktorzy nigdy czegoś takiego nie przeżyli… Trzeci raz zdarzył się podczas realizacji „Proroka Iliji” Tadeusza Słobodzianka dla Teatru Telewizji. – Grałam na skarpie z Adasiem Zielenieckim. Tylko raz mogliśmy zagrać, bo ujęcie kończyło się obsunięciem skarpy. My „odpłynęliśmy”, ale chyba w niedobrym znaczeniu, bo okazało się, że scenę trzeba powtórzyć. A tu już nie było skarpy… – uśmiecha się Alicja Bach.

Ważne tu i teraz

Zawsze odrzucała myśl o robieniu kariery gdzie indziej niż w Białymstoku. – Wydaje mi się, że sporo osiągnęłam i naprawdę uważam, że w mniejszym środowisku łatwiej jest się realizować – przekonuje. – W Warszawie bywam, bo grywam w filmach i serialach, ale białostocki rytm życia i pracy najbardziej mi odpowiada. Muszę mieć czas na refleksję i na marzenia. Nie mam w sobie pędu do kariery. Wszystkie drobne sukcesy, jakie osiągnęłam, jakoś same przyszły… Nie wyobraża sobie życia bez teatru, choć wie, że nadejdzie taki moment, gdy „trzeba będzie przestać trzymać się go pazurami i zrobić miejsce młodym”. – Chwila definitywnego odejścia będzie bolesna, bo to jedyny teatr, w którym od początku pracuję – zwierza się Alicja Bach. Jednak nie zamierza zbyt łatwo pożegnać się z tym miejscem. W wyobraźni widzi siebie… np. w organizacji widowni, jako bileterkę. Ale nie taką zwyczajną. Chciałaby czuć się raczej gospodynią, zapraszającą widzów na spektakle, rozmawiającą z nimi, opiekującą się osobami onieśmielonymi teatrem. To byłaby jej kolejna rola do zagrania. Może też nadal uczyć młodzież, tak jak do tej pory. Od prawie 30 lat przygotowuje młodych ludzi do zawodu aktora i traktuje to jako rodzaj misji. – Wiem, że autentycznie mogę tym dzieciom pomóc, choć moje metody są czasem brutalne. Nie przebieram w słowach. Gdy trzeba kogoś zmieszać z błotem, robię to, choć oczywiście wolę chwalić i głaskać.

Kto mi dał skrzypce?

Przez długi czas istniał dla niej tylko teatr, teatr i nic poza tym. – Ale w pewnym momencie odkryłam na nowo przyjemność grania na skrzypcach – wspomina Alicja Bach. – Przypomniałam sobie o swojej dziecięcej pasji… Już podczas aktorskich studiów próbowała kontynuować naukę gry na skrzypcach, ale to pierwsze było tak absorbujące, że musiała zrezygnować. – Wyskoczyłam ze szkoły muzycznej z trzaskiem. Ale nie żałuję, że tak się stało, bo na skrzypcach i tak gram do dzisiaj. Gram, bo to autentycznie kocham! Od lat, wraz z kolegami aktorami i zawodowymi muzykami, tworzy zespół Kapela Betela (żartuje, że Kapela Butela byłaby chyba trafniejszą i bardziej komercyjną nazwą). Kapela to poważna sprawa. Gra na weselach, na imprezach firmowych, jeździ po całym kraju i nie tylko. Kilka lat temu, jako reprezentantka Polski, zagrała na festiwalu kapel ulicznych w Ferrarze. – Sporo gramy i chyba to nasze granie się podoba, bo nie ogłaszamy się, nie mamy wizytówek ani strony internetowej, a ludzie i tak o nas wiedzą – cieszy się skrzypaczka. W muzycznej dziedzinie też przytrafiają jej się „odloty”. – Był czas, gdy w tym naszym zespołowym graniu podobne chwile zdarzały się często – opowiada. – Graliśmy tak, jakby nasze instrumenty ze sobą rozmawiały, byliśmy jak jeden organizm. To ciekawe, ale w moim przypadku te momenty częściej zdarzają się w sferze muzycznej, niż aktorskiej.

Historie kuchenne

Rodzina i dom są dla Alicji Bach najważniejsze. Kiedyś praca i teatr były na pierwszym miejscu, ale z upływem czasu to się zmieniło. Dorosłe dzieci (Honorata i Łukasz) już wyfrunęły z domu, ale aktorka nie czuje się samotna, bo ma obok prawdziwego przyjaciela, męża Jana (są razem od 29 lat). Mówi o nim z dumą i czułością: – To człowiek zesłany mi przez Boga. Bywa, że trudno nam się dogadać, ale nie potrafimy bez siebie żyć. Równie odpowiedzialnej, pracowitej, uczciwej, kochającej i dbającej osoby jak on, nigdy nie spotkałam. Aktorka prowadzi tak intensywne zawodowo życie, że „po godzinach”, z wielką ulgą zaszywa się w domu. W nim najlepiej odpoczywa. – Mam tu wszystko, czego potrzebuję. Nie muszę wyjeżdżać, a już broń Boże na jakieś zagraniczne eskapady. Sporo jeździłam z teatrem i dziś nie nęcą mnie już zamorskie kraje. Chcę być w domu, w domu i tylko w domu. Tu mi jest najlepiej. Wyjątkowym i ukochanym przez wszystkich domowników miejscem, jest kuchnia. Ale nie ta oficjalna, na parterze, lecz druga, znajdująca się w piwnicy. To tam toczy się życie całego domu, tam spędza się najwięcej czasu. Przy ulubionym stole, przy pięknym kaflowym piecu, w otoczeniu cudownych, zbieranych od lat przedmiotów. Wszyscy znajomi wiedzą, że do domu nie wchodzi się głównym wejściem, lecz tylnymi drzwiami od strony ogrodu. – Zawsze żartuję, że mąż wybudował kamienicę pod samo niebo, a i tak siedzimy ciągle jak krety w piwnicy – śmieje się Alicja Bach. Gdyby mogła, do kuchni przeniosłaby cały dom, m.in. imponującą kolekcję instrumentów muzycznych z całego świata. I koniecznie łóżko z sypialni. Ale nawet i bez tego, lubi sobie posiedzieć przy stole, z kubkiem herbaty w ręce i marzyć… Albo rozmyślać o różnych rzeczach. Na przykład o tym, że czuje się życiowo i zawodowo spełniona. I gdyby miała życie zaczynać na nowo, niczego by nie zmieniła. Bo jest naprawdę szczęśliwa (KP).

Źródło: miesięcznik "Salon i Sypialnia"

WASZE KOMENTARZE (7)

DODAJ KOMENTARZ
  • Zainteresowana, 2011-07-12 12:40:16

    Przypomina domek leśnika. Super
  • ..., 2010-01-14 09:42:08

    za duzo tutaj wszystkiego
  • nowy, 2009-05-13 13:52:44

    Ludzi z pasjami należy szanować, nawet jeżeli nie wzbudzają one w nas zainteresowania, ale wokół pasjonatów tworzy się pozytywna aura z której wszyscy korzystają
  • AfterWork, 2009-04-23 21:17:00

    Te wnętrza mówią o właścicielce: mam pasje i można ze mną rozmawiać o wszystkim.
  • Hania, 2009-04-16 11:05:08

    Dokładnie, przynajmniej widac że ktoś tu mieszka, bo sporo prezentowanych to wnętrz wygląda jak z reklamy dewelopera, piękne, ale bez życia
  • ziutek, 2009-04-16 09:19:22

    zaiste, te mrowie dziwnych przedmiotów powieszany i rozkładanych w każdym kątku. A o każdym opowiastka lub wspomnienie. Mimo że to graciarnia, to ma swój sens i ład. Jestem za.
  • Gość, 2009-04-15 14:56:21

    No wnętrze z duchem, nie da się ukryć, może nie dizajnerskie, ale ile uroku ma w sobie

POLECAMY W SERWISACH