• Facebook
  • Twitter
  • Pinterest
Autor: Justyna Łotowska
28 wrz 2017 10:46

Architektura to wartości

Co zrobić, aby stać się częścią jej zespołu projektowego? Co myśli o polskich absolwentach studiów architektonicznych? Jak odnieść sukces w tej trudnej branży? Czy lubi polskie domy? Zapraszamy do lektury wywiadu z prof. dr hab. arch. Ewą Kuryłowicz, jedną z najważniejszych postaci polskiej architektury.

Prof. dr hab. inż. Arch. Ewa Kuryłowicz - generalny projektant i wiceprezes w autorskiej pracowni architektury Kuryłowicz & Associates; kierowniczka Zakładu Projektowania i Teorii Architektury na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Przewodnicząca Rady Fundacji im. Stefana Kuryłowicza, wybitnego architekta, założyciela pracowni, profesora Politechniki Warszawskiej i autora wielu znakomitych dzieł polskiej architektury.

Justyna Łotowska: Spotykamy się po wykładzie w ramach spotkania dla architektów i projektantów z cyklu Studio Dobrych Rozwiązań. Jako gość specjalny tego wydarzenia wygłosiła Pani wykład o dziesięciu wyjątkowych projektach pracowni Kuryłowicz&Associates. Gdyby jednak miała Pani wskazać te projekty, które dla Pani osobiście były jedyne w swoim rodzaju, absolutnie niezapomniane, to które by to były?

Na pewno wymieniłabym na pierwszym miejscu budynek Wydziału Neofilologii UW, który jest dla mnie ważny dlatego, że zespół, którym kierowałam w czasach, gdy Stefan był Prezesem, wygrał konkurs na jego projekt, ale także dlatego, że Stefana zabrakło właśnie wtedy, kiedy zaczęliśmy tę budowę. Kolejny niezapomniany projekt to z pewnością Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu. Mówi się, że najtrudniejsze dzieci kocha się najbardziej i coś w tym jest – to było dla nas wyjątkowo trudne dziecko, ale także projekt, który naprawdę zdarza się raz w życiu. Dużym sentymentem darzę także Stadion Miejski w Białymstoku.

Który z projektów uważa Pani za najtrudniejszy w swojej całej pracy zawodowej?
Zdecydowanie Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu. To budynek niełatwy i pod względem technicznym, i logistycznym, i prawnym, duże znaczenie mieli także zmieniający się wykonawcy. Konkurs, który wygraliśmy, opierał się na tym, że sala koncertowa była już naszkicowana i sparametryzowana przez akustyków, należało ją inkorporowac do budynku I zaprojektować go wraz z innymi trzema salami koncertowymi oraz pozostałym programem uzupełniającym. I udało się – NFM ma takie warunki akustyczne, których ja osobiście nie słyszałam nigdzie indziej, a jestem przecież melomanem, który dużo jeździ po świecie, słuchając przeróżnych koncertów na przeróżnych salach. Takiej jak ta we Wrocławiu nie widziałam nigdzie indziej. Ale złożoność budynku, jego muzyczne przeznaczenie i związane z nim technologie sprawiły, że był to zdecydowanie najtrudniejszy projekt.

Pracownia Kuryłowicz&Associates to jedna z największych i najdłużej działających pracowni architektonicznych w Polsce. Ile macie na swoim koncie projektów?
Stworzyliśmy około stu dużych projektów przez dwadzieścia pięć lat funkcjonowania pracowni, co daje średnią mniej więcej cztery projekty rocznie. Tak naprawdę nigdy nie zależało nam, aby nasza firma była największa. Tak się po prostu zdarzyło, gdy robiliśmy naprawdę duże rzeczy, do czego potrzebny jest także odpowiednio duży zespół. Jeszcze inną kwestią jest to, że w naszej pracowni często bywa tak, że ludzie przechodzą między zespołami.

W przypadku dużych projektów po fazie koncepcyjnej, kiedy przygotowuje się projekt wykonawczy, przychodzi bardziej nużący etap, kiedy się po prostu rysuje fragmenty projektu jako rysunki techniczne na budowę. To dosyć nudna faza, która trwa czasem i lata. Dlatego zespół na tym etapie często się zmienia, przychodzą nowi ludzie, którzy chcą się czegoś nauczyć, a to jest dla nich idealna możliwość.Ale wielkość pracowni jest zmienna. I zawsze była.

A jeśli miałaby Pani wymienić kilka źródeł waszego niewątpliwego sukcesu w tej trudnej przecież branży...
Nasz sukces to przede wszystkim dzieło mojego męża. Teraz po prostu staramy się kontynuować jego pracę. On z kolei zakładając pracownię trafił niewątpliwie na lata, które mu sprzyjały. Chciałabym jednak w tym miejscu podkreślić, że Stefanowi zależało nie tylko na tym, co my jako pracownia robiliśmy, ale także na samym zawodzie architekta. Chciał, żeby zawód architekta był szanowany – nie z próżności, ale dlatego, że być architektem to ponosić ogromną odpowiedzialność za swoją pracę.

Architekt, choć czasem bywa nazywany superdyletantem, musi się znać na wszystkim, widzieć cały projekt i wszystkie jego aspekty, “spinać” prace nad realizacją architektury - musi być bardzo wszechstronny, umieć współpracować ze specjalistami z innych branż i z inwestorem. Dzisiaj z tym zawodem bywa niestety różnie. Architekci mają ciężko – począwszy od tego, że architektura w ogóle nie jest w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego (gdzie być powinna), a w Ministerstwie Infrastruktury i Budownictwa. O tym, że architektura jest częścią kultury, wszyscy przypominają sobie dopiero przy okazji Biennale w Wenecji lub w kontekście międzynarodowych nagród.

Podstawą tak prężnie funkcjonującego przedsięwzięcia jest dobrze dobrany zespół utalentowanych ludzi. Jak go zbudować? Na jakie cechy Pani jako pracodawca zwraca uwagę?
Przez wiele lat naszej działalności szukając ludzi do naszego zespołu bazowaliśmy na tym, że zapraszaliśmy do współpracy naszych studentów bądź dyplomantów. Od 2004 roku sytuacja się zmieniła – po wstąpieniu do Unii Europejskiej młodzi ludzie zaczęli wyjeżdżać za granicę. Myśmy temu bardzo sprzyjali, pamiętając, że sami nie mieliśmy takich możliwości.

Ja swój dyplom obroniłam w 1977 roku, Stefan w roku 1972, kiedy nikt nie słyszał nawet o tym, aby jako architekt pracować za granicą. Dzisiaj studenci mają taką możliwość, dlatego zawsze powtarzam moim dyplomantom: jedźcie, uczcie się, pracujcie, ale wracajcie! A czego szukam w kandydatach do naszego zespołu? Muszą wierzyć, że architektura to wartości. Że architektura musi pomagać ludziom żyć. Że mniej ważne jest to, aby dom był, potocznie rzecz ujmując,  "ładny", ważne jest to, że powinien być mądry i coś dla ludzi znaczyć.

To tak naprawdę bardzo wysokie wymagania...
Oczywiście, że tak, nie wszystkim się również podobają. No cóż, nie wszyscy muszą z nami pracować, inne pracownie być może mają inne priorytety – dla wszystkich jest miejsce na szerokiej architektonicznej scenie.

Do 2011 roku prezesem zarządu pracowni był prof. Stefan Kuryłowicz. Chciałabym żebyśmy teraz porozmawiali o Fundacji jego imienia, którą Pani zarządza. Jakie są jej cele? Co po tych kilku latach jej funkcjonowania ocenia Pani jako jej największą wartość?
Fundacja im. Stefana Kuryłowicza została założona w 2012 roku. Powstała, by wspierać i promować odpowiedzialną i odważną twórczość architektoniczną. Chcieliśmy po prostu kontynuować pracę Stefana, robić dalej to, co on by z pewnością robił, gdyby żył. A bardzo lubił uczyć, pracować z młodzieżą, był przy tym człowiekiem niesamowicie odważnym, nieraz do granic kontrowersji.

Zastanawialiśmy się z synami, co zrobić, aby jego myśl, idee, które wcielał w życie, nie przepadły. Budynki zostaną, to oczywiste, ale to o wiele za mało. Zależało nam, aby ludzie mogli się dowiedzieć, kim dla społeczeństwa jest architekt, dlaczego jest ważny i dlaczego warto ten zawód pielęgnować. Stąd powstał pomysł fundacji i konkursów Teoria oraz Praktyka, które organizujemy dla młodych architektów.

Na czym polegają konkursy Teoria i Praktyka? Czym trzeba się wykazać, aby zostać ich laureatem?
Konkurs Teoria to program dla młodych architektów, w ramach którego zwycięski tekst o tematyce relacji architektury i kultury jest publikowany w dwujęzycznej serii wydawniczej Architektura Kultury Kultura Architektury. Każda edycja konkursu kończy się publiczną prezentacją książki. Zależy nam, aby młodzi ludzie mogli przemówić swoim własnym głosem. A mają często zupełnie inne, bardzo ciekawe spojrzenie na wiele spraw, potrafią przy tym widzieć o wiele dalej niż ci starsi, których czasem paradoksalnie blokuje wiedza i doświadczenie. Chcemy pokazać, że architektura jest częścią kultury.

A konkurs Praktyka?
Tutaj z kolei poszukujemy ludzi, którzy potrafią wnieść od siebie nie tyle pomysł, co ideę. Stypendium Praktyka to trwający sześć miesięcy program dla młodych architektów, w ramach którego wybrany w drodze rekrutacji projektant lub zespół otrzymają wsparcie finansowe i merytoryczne by rozwinąć swoje pomysły na ulepszenie wybranej przestrzeni publicznej w Polsce. W pierwszej edycji konkursu wygrał projekt HydroFun na zrewitalizowanie opuszczonych warszawskich hydroforni. Właśnie takich projektantów poszukujemy – takich, którzy popatrzą okiem architekta na coś, co wszyscy widzą na co dzień i zobaczą coś zupełnie nowego. W tym roku konkurs trwa, jury wyłoniło już trzy finałowe projekty (od redakcji: są to prace Eweliny Wiciak i Barbary Romańskiej – Parawanowiec, Mariusza Jaworskiego i Magdaleny Ziółkowskiej – Nad Balatonem, Elżbiety Szymańskiej i Michała Dołbniaka – Most dla mostu). 11 października poznamy laureata tegorocznego stypendium.

Uroczysta prezentacja laureatów nastąpi w marcu 2018 roku, podobnie jak wykład gościa specjalnego z zagranicy.
Tak – 26 marca wypada rocznica urodzin Stefana, dlatego kulminacja działalności Fundacji ma miejsce zawsze pod koniec marca. Do tej pory mogliśmy wysłuchać wykładów Nathalie de Vries z MVRDV, Amandy Levete z londyńskiej pracowni AL_A czy Jette Hopp z pracowni Snohetta. Kto będzie naszym gościem w tym roku? Oczywiście już wiem, ale nie mogę jeszcze zdradzić.

Z racji swojego zawodu, ale także dlatego, że kieruje Pani Zakładem Projektowania i Teorii Architektury na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej dużo pracuje Pani z młodzieżą. Czy mamy w Polsce zdolną architektonicznie młodzież? Jak Pani to postrzega na przestrzeni lat?
Myślę, że każdy człowiek, który się rodzi, ma jakiś potencjał doskonałości, który czasem później w życiu niestety psuje. A chodzi o to, żeby do tej doskonałości dążyć, bo to właśnie nadaje życiu sens. Żeby nie marnować talentów, które mamy. Przez wiele lat pracując z młodymi ludźmi towarzyszy mi świadomość, że mam do czynienia z absolutną elitą jeśli chodzi o zdolności, predyspozycje, ich rzadkość. Architekt to zawód, który wymaga wielu wielopłaszczyznowych umiejętności: wyobraźni, zdolności plastycznych, podatności na przyswajanie wiedzy. Architekt musi być jak gąbka, musi chcieć całe życie się uczyć. Nie da się ukryć, że to zestaw predyspozycji, który w połączeniu z widzeniem trójwymiarowym i pamięcią obrazu, zdarza się rzadko. Dlatego wiem, że moi studenci to prawdziwe brylanty, które po prostu trzeba odpowiednio "obrobić". Jeśli się im uważnie przyglądamy, widzimy, co im wychodzi dobrze, co jest ich pasją. A architekt to zawód dla ludzi z pasją.

Jakie rady miałaby Pani dla młodych adeptów architektury? Dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z projektowaniem?
Podróżować i oglądać architekturę rozumiejąc dlaczego powstała taka, a nie inna. Terminować u dobrych projektantów, a potem nie bać się działać samemu. Dużo czytać. Nie tracić pasji. Nie zrażać się. Uczyć się z porażek. Brać udział w konkursach – nawet jeśli się w nich przegrywa. Architektura jest podobna do sportu, tak zawsze mówił mój mąż. Nie chodzi o to, żeby wygrywać. Chodzi o to, żeby być w sporcie i starać się ze wszystkich sił. Jeśli przegramy, to przynajmniej wiemy, co musimy w sobie poprawić i wiemy, że niedługo następne zawody ….

Jakie Pani dostrzega różnice w zawodzie architekta w Polsce i w Unii Europejskiej? Jak wiele mamy jeszcze do pokonania jeśli chodzi o dogonienie europejskich standardów? Przed jakimi wyzwaniami stają architekci w Polsce?
Generalnie cierpimy z powodu nadinterpretacji prawa zamówień publicznych, które jest takie same wyjściowo dla EU, a w Polsce jest traktowane niejednokrotnie zbyt formalnie i literalnie. Niekorzystną rzeczą jest oszczędzanie na honorarium architekta, co robią niektórzy inwestorzy, również samorządowi. W porównaniu z kolegami z krajów zachodniej Europy pracujemy na dużo niższych budżetach i nie stać nas na współpracę z socjologami, psychologami środowiska i innymi, co tam jest standardem. Nie robi się u nas POE (Post Occupancy Evaluation), które jest źródłem doskonałej wiedzy o błędach, plusach, minusach zrealizowanej inwestycji. Uzgadnianie z władzami konserwatorskimi jest w dużej mierze uznaniowe, a powinno zawierać możliwość dyskusji. Formalne uzgadnianie projektów w Polsce jest katorgą. Ten stan rzeczy zmienia się niezwykle powoli. Wyzwania stojące przed nami to utrzymanie jednolitej postawy całego środowiska, utrzymanie szacunku społecznego w stosunku do nas, dobre partnerstwo z inwestorami i wszystkimi, którzy dążą, aby Polska piękniała i była dla wszystkich domem. Ale nie tylko deklaratywnie – faktycznie, w życiu .

Porozmawiajmy teraz o polskich domach. Czy kierunek, w którym podąża w Polsce architektura mieszkalna Pani odpowiada? Jak by Pani oceniła kondycję polskich osiedli, miast, domów mieszkalnych?
Na rynku mieszkaniowym są niedobory i wiele z zespołów mieszkaniowych powstaje z prymatem wskaźników ekonomicznych, jako przysłowiowe „ganianie pum po działce„ ("pumy" to powierzchnia mieszkalna). Brak jest infrastruktury społecznej w tak powstających osiedlach, a są przecież w Europie mechanizmy, które pozwalają ją kreować, również we współpracy z deweloperami. Ostatni konkurs na Mieszkanie Modelowe ogłoszony i zrealizowany przez BKGN może być początkiem budowania pragmatycznie i wielowątkowo, na szeroką skalę, z uwzględnieniem przesłanek społecznych i oby tak się stało. Powstają też oczywiście wyjątkowe realizacje prywatnych deweloperów, niemniej jednak nie są one regułą. Jeśli chodzi o domy jednorodzinne, to na podstawie tych zgłaszanych na różne konkursy można powiedzieć, że pojawiają się już nie tylko okazałe rezydencje, ale też i skromniejsza oferta, ciekawe modernizacje, obserwacje problemów domów na działkach, niewielkich domów rekreacyjnych, prowadzące do interesujących rozwiązań. Oby tak dalej.

Dziękuję za rozmowę

WASZE KOMENTARZE (0)

DODAJ KOMENTARZ

POLECAMY W SERWISACH